Carlos Kaiser vel Carlos Henrique Raposo – Nikoś Dyzma światowego futbolu

Carlos-Henrique-Raposo-Carlos-Kaiser-blog-sportbazar-1170x780

Oto jeden z największych przekrętów w piłce nożnej, bo w jaki sposób być piłkarzem i zarazem nim nie być? Jak zwiedzić kawał futbolowego świata, grać w 9 różnych zespołach i jako napastnik strzelić tylko jedną bramkę? Oto historia człowieka nazywanego również „Cesarzem” lub „Pinokiem”. 

A miało być tak pięknie!

Carlos Henrique Raposo, szerzej znany jako Carlos Kaiser urodził się w brazylijskim Rio de Janeiro, a swoje pierwsze piłkarskie szlify zbierał w tamtejszym Botafogo, którego wielkim fanem był jego ojciec. Jak w przypadku wielu młodych chłopaków z tego południowoamerykańskiego kraju, jego marzeniem było zostanie wielką gwiazdą piłki nożnej oraz życie w luksusach. Niemal natychmiast zabrał się do jego urzeczywistniania.

W młodym wieku Carlos Raposo przejawiał na tyle duży talent piłkarski, że wychwycili go skauci z Flamengo oraz meksykańskiego Pueblo. To właśnie w tym czasie coś się w tym młodym Brazylijczyku zacięło i kompletnie przestał się (sportowo) rozwijać.

Kaiser mógł przez to podzielić los wielu innych, jemu podobnych i początkowo dobrze rokujących piłkarzy, którym się w życiu ostatecznie nie powiodło. On miał jednak względem siebie zupełnie inne plany… Nie zamierzał rezygnować z żadnych przywilejów, które dawało bycie piłkarzem, w szczególności tych materialnych. Zdawał sobie przy tym sprawę, jak kiepskim sportowcem był. Wypracował zatem sposób, by zostać piłkarską gwiazdą w ogóle przy tym w piłkę nie grając. Do tego zaś celu wykorzystał to, czym dysponował w nadmiarze: urok osobisty, umiejętność kombinowania oraz dar przekonywania. W tym miejscu początek swój bierze jedno z największych oszustw w historii piłki nożnej. 

Przedstawienie czas zacząć 

Carlos Kaiser doskonale wiedział, że zawodowi piłkarze należą do bardzo rozrywkowej grupy zawodowej. Sam przecież również chciał do niej należeć. Postanowił zatem zjednać sobie przychylność gwiazd. W trakcie zgrupowań „Cesarz” („Kaiser”) wynajmował kilka pokojów w tym samym hotelu, w którym zakwaterowani byli piłkarze, tylko że na niższym piętrze. Pokoje te zaopatrywał w różnego rodzaju „umilacze” i zapraszał do nich największych gwiazdorów. Ci zaś chętnie z takich zaproszeń korzystali. Jako, że wszystko działo się na terenie hotelu, mogli oni niepostrzeżenie wymknąć się ze swoich pokoi, chwilę pobawić i jak gdyby nigdy nic wrócić do siebie. W ten oto sposób Carlos Raposo bardzo szybko zyskał przyjaźń takich gwiazd piłki, jak: Renato Gaucho, Carlos Alberto Torres czy nawet Romario. Tego typu „przyjaciół” miał jednak wielu. W zamian liczył na jedno: rekomendacje.

I tak, gdy któryś z zaprzyjaźnionych z nim piłkarzy zmieniał klub, wspominał jego włodarzom o swoim „bardzo utalentowanym przyjacielu”. Z takim poparciem właściciele bardzo często decydowali się na zatrudnienie naszego „Dyzmy”. Był przy tym jednak jeden, poważny problem: bohater tej opowieści bardzo kiepsko grał w piłkę, nie mógł więc sobie pozwolić, by ktokolwiek zobaczył go w akcji. Często zawierał więc kontrakty krótkoterminowe, w których oświadczano, że w danym momencie jest kontuzjowany, ale jak tylko wróci do formy, pokaże pełnię swoich umiejętności i stanie się filarem nowej drużyny.

W latach 80. nie było aż takiej jak dziś możliwości, by kilkoma kliknięciami myszki prześledzić karierę danego piłkarza, większość osób wierzyła więc na słowo jemu i jego przyjaciołom.

Medycyna także nie była jeszcze na tak wysokim jak obecnie poziomie. Sprytny Carlos Raposo najczęściej udawał zaś urazy mięśniowe, które były najtrudniejsze do zdiagnozowania (np. kontuzję uda) lub też zaprzyjaźniony z nim stomatolog wystawiał mu „lewe” zaświadczenia na infekcję zębów. 

Wykręty, wykręty, wykręty…. i tak bez końca

Właścicieli klubów nie dało się jednak tak zwodzić w nieskończoność. Gdy nie było już innego wyjścia, Carlos Kaiser wybiegał na boisko i korzystał z pierwszej, nadarzającej się okazji do zasymulowania kolejnej kontuzji, oczywiście takiej, która uniemożliwiała mu dalszą grę. Te wszystkie kontuzje stały się niemal jego firmowym zagraniem. Nie był to jednak jego jedyny sposób na manipulację….

Ciekawe rzeczy działy się również na spotkaniach z władzami klubów, z którymi chciał nawiązać współpracę lub renegocjował kontrakty. Były to wówczas lata 80-te, a więc czasy, w których posiadanie telefonu komórkowego było wyznacznikiem prestiżu. Świadomy tego Carlos Henrique Raposo nie miał aż tyle pieniędzy na zakup oryginału, skonstruował więc sobie atrapę, którą ostentacyjnie kładł na stole podczas prowadzenia rozmów. Gdy po drugiej stronie pojawiało się wahanie lub złożona oferta nie spełniała jego oczekiwań, udawał, że odbiera swoją komórkę. Wykrzykiwał wówczas kilka niezrozumiałych dla obecnych i angielsko brzmiących zdań, dając jednocześnie do zrozumienia, że oto dzwoni z ofertą przedstawiciel jakiegoś zagranicznego klubu. Przyparci w ten sposób do muru właściciele klubu pierwszego nie chcieli wypuszczać z rąk piłkarza, o którego tak zabiegają inni, więc ostatecznie przystawali na warunki stawiane przez Carlosa Kaisera. Pewnego razu miał jednak pecha. Klubowy medyk znał angielski i złapał kombinatora na kłamstwie. Potajemnie sprawdzono też jego telefon komórkowy, który okazał się być zwykłą zabawką.

 

O tym, jak genialny był w swoim „krętaczym fachu”, może też świadczyć fakt, że nawet udało mu się nabrać Europejczyków. Gazélec Ajaccio – drugoligowy zespół z Korsyki był święcie przekonany, że oto sprowadza do siebie wielką gwiazdę zza oceanu, zorganizował więc na jego powitanie huczne widowisko. Na stadionie zebrało się tego dnia mnóstwo fanów drużyny, a momentem kulminacyjnym był mecz sparingowy, w którym miał się oczywiście zaprezentować Carlos Henrique. Raposo wiedział, że absolutnie nie może do tego dopuścić, toteż w nieskończoność opóźniał moment rozpoczęcia meczu. Podbiegał do kibiców, całował herb klubu, witał się ze wszystkimi i raz po raz wykopywał piłki w stronę trybun. Robił to tak długo aż wykopał je wszystkie, a sam sparing trzeba było ostatecznie odwołać, bo nie było go czym rozegrać. Kuriozum!

Jego kontuzje również przedłużały się z tygodnia na tydzień i z miesiąca na miesiąc, a on sam w najlepsze pobierał pensję zagwarantowaną podpisanym kontraktem, nie wylewając przy tym na boisku ani kropli potu. Gdy cierpliwość włodarzy w końcu się kończyła, Carlos Kaiser rozpoczynał poszukiwania kolejnego klubu.

Jak to jednak możliwe, że wciąż było aż tylu chętnych na jego „usługi”? Carlos Raposo był znakomitym specjalistą od tworzenia wokół siebie dobrego PR. W szeregach swoich przyjaciół nie bez powodu miał też kilku dziennikarzy. Wręczał im prezenty, a oni w zamian raz na jakiś czas wypisywali o nim na łamach gazet różne, często zmyślone historie, np. o jego wybitnych osiągnięciach. Ponieważ nie było wówczas możliwości zweryfikowania prawdziwości podawanych przez nich faktów, wszyscy we wszystko wierzyli, a w życiu „Cesarza” wszystko się dalej pomyślnie układało… 

Jak oszukać przeznaczenie? 

Carlos Henrique Raposo swoją „karierę piłkarską” zakończył dopiero w wieku 39 lat! Występował łącznie w 9 zawodowych klubach piłkarskich rozgrywając w nich zaledwie 20 meczów (czyli mniej więcej raz na rok). Nigdy nie był to jednak występ w pełnym wymiarze czasowym. Jeśli już musiał, wychodził jedynie na końcówki. Swojego jedynego gola strzelił na samym końcu kariery. By nie grać, stosował najróżniejsze wymówki. Pewnego razu było już naprawdę bardzo blisko, by oszust w końcu został zdemaskowany. Zmuszony do gry Carlos Kaiser wstał z ławki rezerwowanych. Zamiast rozgrzewki podbiegł jednak do trybuny kibiców drużyny przeciwnej i rozpętał awanturę. Niewiele brakowało, by doszło do bójki, za co prowokator został przez sędziego ukarany czerwoną kartką i na boisko już wejść nie mógł. Kreatywności mu nie brakowało, nieprawdaż? Mistrz w swoim fachu!

Historia jego „kariery” wydaje się nieprawdopodobna. Po latach opowiedział on brazylijskim mediom, że zawsze chciał być piłkarzem, ale nie chciał grać w piłkę. W pewnych kręgach mówiło się, że był zawodnikiem, który powinien występować w koszulce z numerem 171 na plecach. Dlaczego? To właśnie ten numer dostają w brazylijskich więzieniach osoby skazane za oszustwa. Carlos Kaiser koniec końców osiągnął to, czego pragnął. Jakby nie patrzeć, był wielkim….. a że szarlatanem?

A tutaj ten wyjątkowy, bo JEDYNY (!) gol w jego piłkarskiej karierze: 

 

Chcesz wiedzieć więcej o ludziach, który zapisali się w historii światowego futbolu? Przeczytaj inne artykuły z tej serii:

Lew Iwanowicz Jaszyn – doceniony wśród niedocenianych. Twarz z oficjalnego plakatu MŚ 2018 w Rosji

Zbigniew Boniek – Piękność Nocy

Kazimierz Górski -„Piłka jest okrągła, a bramki są dwie. Albo my wygramy, albo oni”.

Kazimierz „Kaka” Deyna – najlepszy polski piłkarz wszech czasów. Jego historia.

Cristiano Ronaldo – jeden, by rządzić wszystkimi

 

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Piłka nożna jest wpisana w DNA każdego członka Drużyny SportBazar.
Możemy o niej dyskutować godzinami i pisać epopeje.
Wejdź do naszego świata i zostań tu na dłużej!

Archiwa

Dołącz do Drużyny!