Tragedia na Hillsborough – śmierć 96 kibiców Liverpoolu

15 kwietnia 1989 r.  Jenni i Trevor Hicksowie zabrali swe córki – Sarę i Victorię na mecz sezonu, jakim miało być spotkanie w półfinale Pucharu Anglii Liverpoolu z Notthingham Forrest. Nikt nie przypuszczał, że dziewczynki stracą życie na stadionie Hillsboroug. Podobnie jak 94 innych kibiców „The Reds”, w największej tragedii jaka kiedykolwiek rozegrała się w dziejach sportu Wielkiej Brytanii i jednej z największych piłkarskich na świecie.

.

Za ciasna trybuna Leppings Lane

To miał być piękny dzień z wielkim wydarzeniem piłkarskim jako daniem głównym. Nic nie zapowiadało dramatu. Hillsborough z Sheffield był jednym z kultowych stadionów Anglii. Zbudowany w 1889 r., kilkakrotnie modernizowany. Rok wcześniej kibice „The Reds” byli na nim świadkami pucharowej batalii. Arena mieściła 54 tys. ludzi.

Na większej trybunie – The Kop usadzono fanów Notthingham, nieco mniejszą – Leppings Lane poświęcono kibicom z Liverpoolu.

Była sobota, więc za punkt honoru kibice obu zespołów postawili sobie uczestnictwo w tym święcie.

Kluczową postacią w tej historii jest inspektor David Dackenfield z policji, który był szefem zabezpieczenia imprezy.

Godz. 14:30 – nikt nie dostrzega pierwszych symptomów dramatu

Jest pół godziny do meczu. W drodze na trybunę przeznaczoną dla kibiców „The Reds” zaczyna robić się gęsto. Tłum coraz bardziej napiera na bramę prowadzoną na teren stadionu.

Jeszcze nikt nie przejmuje się faktem, że środkowe sektory 3 i 4 są już niemal zapełnione.

Młody trener Kenny Dalglish zmontował w Liverpoolu paczkę, na której grę patrzyło się miło i która była skuteczna. John Aldridge, Ian Rush, John Barnes, Steve McMahon strzelali gole, a Bruce Grobbelaar stał w bramce.

„The Reds” bili rekordy popularności. Na ich mecze w Liverpoolu przychodziło średnio po 37 tys. Ludzi.

Godz. 14:52 – zaczyna się feralny kwadrans

Ktoś, kto chociaż raz szedł na wielki mecz, na duży stadion, wie, że najbardziej nerwowo jest na wejściu, zwłaszcza, gdy dotarłeś na obiekt w ostatniej chwili. Kontrole, ścisk, nikt nie chce się spóźnić, przegapić pierwszych akcji, a może nawet bramki.

Policjant monitorujący sytuację przed stadionem, z uwagi na coraz większy napór na bramę wejściową, zawnioskował o otwarcie bramy wyjściowej, czego nigdy nie stosowano.

Na osiem minut przed pierwszym gwizdkiem sędziego  inspektor Dackenfield wydał zgodę na otwarcie wrót wyjściowych. Zrezygnowano także z drobiazgowej kontroli biletów, by pozbyć się problemu – ścisku przed bramami. I to był ogromny błąd numer „jeden”.

Kolejny polegał na tym, że nikt nie wskazał ludzkiej rzece drogi na boczne, stosunkowo luźne sektory. Po otwarciu bramy wyjściowej – w mgnieniu oka – kolejne dwa tysiące ludzi wlało się na trybunę „Leppings Lane”. Zdecydowana większość z nich weszła na środkowe sektory – 3 i 4. Problem w tym, że one były już wypełnione przed wejściem tych ludzi.

Nikt z policji nie wskazał kibicom drogi prowadzącej na boczne sektory.

Tłum napierał. Ci którzy chcieli zawrócić, nie mieli szans – byli pchani jak na rzeź. Tam, gdzie robiło się luźniej człowiek padał i było po nimopowiadał jeden z tych, którym udało się przeżyć.

Ludzie wrzeszczeli do mnie, żebym pomógł. Widziałem twarze przyciśnięte do metalowych krat. Żalili się, że nie mogą oddychać. Poprosiłem o pomoc policjantki, ale odmówiła. Musiała spełniać rozkazy. wspomina Bruce Grobbelaar.

W tej sytuacji Grobbellaar pobiegł do sędziego i zwrócił mu uwagę na tragedię, jaka rozgrywała się za jego bramką.

O 15:06 Ray Whelan – sędzia zawodów – na wniosek policji – przerwał mecz.

.

Stłoczeni jak śledzie w beczce tracili życie

Sceny z sektorów 3 i 4 są iście dantejskie. Stłoczeni jak śledzie w beczce ludzie tratowali się, próbowali się ratować jak mogli. Część forsowała kraty o wysokości trzech metrów i uciekała na murawę. Jeszcze większa grupa wspinała się na umieszczone piętro wyżej strefy.

Żadne z tych zadań nie było łatwe, wymagało najwyższego stopnia sprawności. Krata odgradzająca trybunę od boiska zakończona była skosem, by maksymalnie utrudnić przejście przez nią.

W takich warunkach przetrwali tylko najsilniejsi i ci którzy mieli szczęście. W tłoku o oddychaniu nie było mowy. Człowiek omdlewał, a gdy osuwał się na ziemię, był tratowany.

Ranny ich stratowanych przenoszono przez ogrodzenie, bandy reklamowe okalających boisko posłużyły za nosze.

.

Niechciane przez policję karetki

Obecna na stadionie karetka, z myślą o ewentualnej kontuzji któregoś z piłkarzy, szybko zapełniła się rannymi. Na stadion przyjechały 42 kolejne ambulansy, ale policja nie wpuściła ich na płytę. Katastrofę sklasyfikowano jako „szalejący tłum”, zamiast „stratowania”.

Północny szpital w Sheffield był sparaliżowany.

Jenni Hicks, która miała miejsce na bocznej trybunie, po meczu długo wypatrywała swych córek, które dostały się do feralnych sektorów 3 i 4 trybuny „Leppings Lane”. Sznur kibiców opuszczających stadion robił się coraz rzadszy, w końcu wychodziły tylko pojedyncze osoby. Wyszła ostatnia, ale nie było wśród nich Sary i „Vicky”. One już nie żyły. Tak jak inne 94 osoby zostały zmiażdżone przez tłum.

.

Nikogo nie skazano!

Dochodzenie w sprawie tragedii trwało 90 dni. Policja początkowo próbowała zrzucić winę na kibiców, oskarżając ich o przedarcie się na stadion bez biletów. Ostatecznie winnym uznano inspektora Dackenfielda, bo to on stracił kontrolę nad tłumem, dwoma błędnymi decyzjami doprowadził do tragedii.

Ani Dackenfield, ani nikt inny nie został skazany za te rażące wpadki. Uznano, że na Hillsborough doszło do tragedii.

Rząd angielski wyciągnął wnioski z tego nieszczęścia. Na wszystkich stadionach rozgrywek szczebla centralnego zdemontowano kraty i zlikwidowano miejsca stojące. To poskutkowało, na arenach piłkarskich ludzie przestali tracić życie.

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.